Kreta 2006 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Magda   
niedziela, 13 czerwca 2010 07:51

Kreta 2006

 

INFO PRAKTYCZNE:

  • Wykupiliśmy same bilety lotnicze za 1100 pln od osoby w obie strony.
  • Dystans Heraklion - Sougia: około 200 km, z północnej autostrady należy skręcić na Sougia w Vamvakopoulo (niedaleko Hani)
  • Samochód pożyczyliśmy na www.carrentalcrete.gr (Hyunday Accent 130 euro za 7 dni z ubezpieczeniem i dostawą na lotnisko)
  • Pensjonat Arhondiko zarezerwowaliśmy na www.sougia.info (30 euro o za dobę za 4 osobowe studio z kuchnią i  tarasem)
  • Jedzenie w tawernach w niemożliwych ilościach: 30 - 50 euro za 3 osoby z winem i przystawkami (no chyba że pita gyros za 2 euro albo ser żółty z oliwkami ze sklepu spożywczego)


Wiele informacji i zdjęć na:
www.sfakia-crete.com
www.west-crete.com

Zapraszamy także do galerii zdjęć!

 

CHWILA PIERWSZA

Siedzę na tarasie pensjonatu Arhondiko w Sougia. Poddaję się działaniu barwy i światła. Mają one kojącą moc. W mojej terapii ważne jest aby wzrok powoli chłonął prostotę słonecznej bieli tynków, harmonię regularnych czerwonych dachówek, czystość niebieskiego bezmiaru morza, ciepło brązowo-pomarańczowych zboczy gór. Światło leniwie penetruje niedbałą strukturę starych ścian a chropowate drobinki tynku rzucają cienkie niteczki cienia.  Wszystko jest tu dla mnie proste i piękne.  W naszym pokoju czekały na nas pomarańcze. Teraz obok nich kładę zielony dyptam i poprzecinane białymi żyłkami kamienie, zebrane przed chwilą na plaży.  Patrzę na mój stół i myślę, że dawno nie widziałam czegoś tak pięknego i prostego zarazem.

 

 

POWITANIE Z WYSPĄ

Kreta dziś postanowiła nas zaskoczyć, pomimo tego, że to już nasza dziesiąta wizyta na wyspie. Gdy lądowaliśmy szara smuga chmur spowiła kreteńskie góry.  Nasz samochód snuł się w siwej mgle. Pierwszy raz zobaczyliśmy Lefka Ori (Białe Góry) pod ołowianym niebem. Wyspa okazała się dziś zielona i świeża, jaskrawo nakrapiana plamkami pomarańczy i cytryn, przepasana pomarańczowymi welonami mat do zbioru oliwek.  Z gęstej mgły w górach zjechaliśmy na południe do Sougia i  tu jednak po staremu powitał o nas słońce.  Pomimo tego, że nikt ostatecznie nie potwierdził rezerwacji naszego studio, to i tak właściciele Arhondiko Holenderka Eleni i Grek Kirkos powitali nas, jakby już tam na nas czekali. Wieczorem, jeszcze przed kolacją zbieramy z Mateuszem kamienie na plaży i  szukamy pozostałości antycznego portu Sougia. Ruiny porasta wiosenna, świeżozielona roślinność.  Dziś Kreta nie jest ruda i jałowa.  Dziś zamiast karłowatych, suchych roślin frygany mijamy bujne, zielone kępy ziół.  Kolor i zapach...  tak, woń ziół to kolejny element mojej kreteńskiej terapii.  Włóczymy się z Mateuszem, płosząc zielone jaszczurki i zrywamy dyptam - legendarne zioło lecznicze.  Helleńscy mieszkańcy antycznej Sougia też zbierali dyptam, wiedząc, że goi rany  i leczy dolegliwości żołądkowe. Dziś dyptam o mięsistych liściach w dalszym ciągu porasta sterty antycznych kamieni. Pierwsza kolacja w nadmorskiej tawernie Livikon. Marek: mięso koguta w sosie pomidorowym, ja - papoutsakia  gemista me lahanika czyli bakłażan nadziewany warzywami, Mati - pastitsio, czyli zapiekanka makaronowa z mięsem mielonym. Do tego: dakos (suchar, namoczony oliwą, z miąższem pomidorów i pokruszoną feta), tzatziki, choriatiki i saganaki.  Proste smaki i kolory. Piękno... terapia prostotą...


CHWILA DRUGA

Właśnie wyszłam z wody.  Jest ciepło i rześko.  Grzeję stopy na gorących kamieniach plaży w Sougia. Kamienie są proste i piękne, szare, niebieskie i brązowe ubrane we wzory z białych żyłek. Uwielbiam trzymać je w dłoni. W ich pozornej kamiennej ciszy tkwi geologiczna burza historii ziemi. Rozgrzane kamienie przykładam do policzków i karku, ich ciepłem masuję łydki, zmęczone dzisiejszym marszem.  Białe spienione fale mruczą a butelka retsiny doskonale układa się w dłoni.  Smak żywicznego w w ustach a w nogach wspomnienie 5-godzinego spaceru wąwozem Agia Irini...


WĄWÓZ AGIA IRINI

Nasza dzisiejsza wycieczka rozpoczęła się tuż przed wioską Agia Irini, gdzie jest wejście do wąwozu.  Niedaleko od tego miejsca trzeba przejść po łukowym moście nad rzeką Agieronitikos. Ukryty wśród starych drzewek oliwnych o splątanych korzeniach czeka kamienny, maleńki  kościółek Sotiros Hristou z 1357r.  Przez mały otwór w ścianie wpada do środka wąska stróżka światła.  W  ciemnym, chłodnym wnętrzu Marek robi zdjęcie i ku naszemu zaskoczeniu błysk flesza wydobywa nagle z ciemności twarze świętych z malowideł na ścianach. Mateusz zachwycony tym odkryciem biegnie do samochodu po latarkę. Za chwilę w jej świetle dostrzegamy bizantyjskie, wyblakłe freski.  Skrzydlata postać z aureolą  trzyma wagę.  Oto ważone są dobre i złe uczynki sądzonych na sądzie ostatecznym.  Cztery nagie postacie z pochylonymi głowami zmierzają do piekła.  W zachwycie i skupieniu patrzymy prosto w oczy postaci sprzed kilku stuleci, na chwilę wydobyte z ciemności. Choć wiemy, że kapliczka nie zdradzi przed nami całej swojej historii, nie odcyfrujemy niewyraźnych greckich liter, a święci pozostaną milczący, to i tak cieszymy się każdym odkrytym fragmentem fresku. Zresztą w całym wąwozie drzemie zaklęta historia.  Tędy kreteńskie kobiety i dzieci uciekały przed Turkami na płaskowyż Omalos.  W tutejszych grotach kryli się bojownicy z czasów okupacji tureckiej a parę set lat później - partyzanci z II wojny światowej.  Tu znajdujemy świętą skałę w kształcie ikonostasu, przy której modlili się wcześni chrześcijanie. Stumetrowe ściany wąwozu zwężają się na szerokość 10 metrów.  Na brunatnych zboczach, zdobnych w pomarańczowo-czarne zacieki kwitną żółte orchidee.  W  tej scenerii wyśmienicie smakuje nasze proste śniadanie: ser i oliwki.


CHWILA TRZECIA

Chwila urocza...  Słońce nie rozpala już do białości struktury tynków, ale jeszcze ostatnim światłem barwi na pomarańczowo zbocza gór nad Sougia.  Na tarasie piję zimne ouzo z sokiem cytrynowym i rozkoszuję się myślą, że za chwilę pójdziemy na pachnącą i barwną kolację. Codziennie  po grecku uroczyście celebrujemy rytuał wieczornego posiłku, niezmiennie zaczynający się od szelestu papierowego obrusa rozkładanego na stole przez właściciela tawerny.  Z ochotą wkładamy rogi obrusa za gumkę, rozciągniętą pod blatem stołu.  Nasz apetyt i dziecięca radość osiąga swoje apogeum na dźwięk gromady talerzyków z przystawkami mezedes. Marek skrapia cytryną kalmarki i wlewa olbrzymie ilości oliwy do horiatiki.  W nadmorskiej tawernie Galini jemy: ja - bureki (zapiekanka z cukinii, ziemniaków i sera feta), Mati - souvlaki, Marek - stifado.


AZOGIRES - PALEOCHORA - ELYROS

Dziwny dzień... Dzień poszukiwań  i zagadek.  Poranek pochmurny i deszczowy.  Groźne ołowiane chmury usiadły na pobliskich zboczach.  Idziemy z Markiem na poranny spacer.  Wyspa oddycha świeżym, wilgotnym powietrzem. Rzadko widywaliśmy ją w takiej odsłonie.  Wyschnięte koryto rzeki prowadzi nas do europejskiej, górskiej ścieżki E4, która począwszy od Pirenejów, przez Alpy i masyw Olimpu aż do gór Cypru łączy największe europejskie pasma górskie.  Tu, na ścieżce w Sougia starsza kobieta właśnie  nawołuje rozbiegane owce, potrząsając miską z kukurydzą.  Ścieżka wije się między drzewkami oliwnymi , by po chwili piąć się w górę łańcuszkiem kamiennych murków.  Wiem, że tędy wiedzie szlak do mojego kościółka Profitis Ilias na wysokiej skale, wyłaniającej się z morza cztery godziny drogi stąd. Codziennie, gdy siedzę na plaży w Sougia, ta połyskująca w słońcu biała plamka kościółka przyciąga mój wzrok.  Wyobrażam sobie jak piękną przestrzeń stamtąd widać i marzę, żeby stojąc tam zobaczyć zatokę Sougia, granatowy bezmiar morza, odległy zarys wyspy Gavdos,  biel kościółka i  pomarańczowe zbocza południowego wybrzeża, opadające stromo do wody.  Dziś mała, bia ła perełka kościółka na szczycie skały schowała się w szarej, ciężkiej pierzynie chmur.  Cóż, dzisiaj tam nie pójdziemy.  Postanawiamy więc jechać do Paleochory, a po drodze powłóczyć się po górskich wioskach. Najpierw wysiadamy w Rodovani i ku naszej radości wychodzi słońce. Odkrywanie Rodovani, tak jak i większości kreteńskich wiosek to pasjonujące zajęcie.  Wioski pozostają obojętne dla tych, którzy tylko przez nie przejeżdżają.  Z głównej drogi nie doceni się w pełni piękna i uroku górskiej wioski. Trzeba wysiąść z samochodu i zejść wąską uliczką w dół, w głąb wioski, zgubić się wśród kamiennych ścian domów, cały czas z aparatem fotograficznym w gotowości. Taka wioska to plener fotograficzny, z zaskakującym bogactwem motywów.  Nie można się spieszyć, tylko uważnie wypatrywać właściwie oświetlonych starych drzwi, schodów, okiennic, kwiatów porastających pobieloną ścianę, drzewek pomarańczy na podwórku tuż obok suszącego się prania. Po drodze do Paleochory mijamy też Azogires. Nie planowaliśmy tu wysiadać, ale kusi nas dostrzeżona nagle z okna samochodu przerdzewiała tabliczka z niewyraźnym napisem "SPILIA CAVE". Dlaczego nie? Poszukamy jaskini...

Wspinamy się ścieżką wśród zielonej o tej porze roku frygany. Płoszymy stado owiec.  Daleko w dole w słonecznej poświacie cypel Paleochory.  Na szczycie góry przed nami biały krzyż.  Nie mam pojęcia kto i dlaczego go tam postawił. Ścieżka niespodziewanie opuszcza przyjazną, pachnącą ziołami fryganę i wspina się między pionowe, zarośnięte pajęczynami ściany. Nagła zmiana nastroju trochę nas zaskakuje. Wspominamy z Markiem  film "Piknik pod wiszącą skałą". Mati żartuje z kreteńskich jaskiń. Pewnie kolejna czarna dziura...  Tymczasem trafiamy do porośniętej pokrzywami niecki otoczonej przez wysokie, posępne skały.  A przed nami wrzyna się w skałę długa, pionowa szczelina, głęboka na około 20 m. Prowadząca w dół przerdzewiała drabina ginie w ciemności szczeliny.  Zaskoczenie... Chyba dawno tu nikogo nie było. Mati krzyczy z radości, jego niesiony przez echo głos płoszy stada gołębi w głębi jaskini.  Wylatują w popłochu z czarnej dziury, głośno gruchając i budząc z początku nasz lęk. Chłopaki uparli się i schodzą po obluzowanych szczeblach na dno ciemnej szczeliny.  Strasznie się o nich boję.  Drabina jest zardzewiała a poza tym tradycyjnie latarka została w samochodzie. Krzyczę w głąb chłodnej ciemności, żeby już wracali.  Słyszę ich podniecone głosy, tak obce dla tego miejsca. Z mojej małej angielskiej książeczki o wąwozie Agia Irini dowiaduję się ze zdumieniem, że grota - dziś dom gromady gołębi, też ma swoją historię. W 1300r. zginęło tu 98 świętych mężów przybyłych na Kretę. Tylko jedno zdanie a tyle pytań... Nie wiem po co tu przybyli i dlaczego zginęli.  Musiało to być znaczące wydarzenie skoro w Azogires odkryjemy jeszcze klasztor Agioi Pateres poświęcony świętym mężom.  Ścieżka wśród gajów oliwnych, nad zacienionym szumiącym strumieniem prowadzi do białego klasztoru wtopionego w skałę.  Ikona w grocie tuż nad skalną kaplicą przedstawia tłum schematycznie namalowanych postaci zgromadzonych nad brzegiem morza.  Wyraźne są tylko otoczone aureolami twarze mężów stojących na brzegu. Za nimi widać już jedynie kolejne rzędy aureoli.  Do brzegu dobija łódź a na niej jeszcze jedna postać.  Kim oni są i co tu robią?  Dzień zagadek i odkryć.  Jednak tej zagadki dzisiaj nie rozwiążę.

Czas na Paleochorę.  Najpierw obieramy sobie za cel pozostałości twierdzy wenecko - tureckiej, wznoszącej się na cyplu. Nie tyle interesuje nas twierdza, ile wzgórze na którym stała.  Widać stąd w dol e całą Paleohorę wraz z jej plażowym fenomenem, którego nie zdążyliśmy dostrzec gdy byliśmy tu pierwszy raz dawno temu, na którejś z "kret". Po zachodniej stronie cypla - szeroka piaszczysta plaża, po wschodnie ocieniona tamaryszkiem plaża kamienista, po środku gęste zabudowania Paleochory.  W porównaniu z naszymi kochanymi wioseczkami, to duże, turystyczne prawie miasto pełne pensjonatów i tawern.  Z lubością oddajemy się safari fotograficznemu.  Polujemy na rozświetlone słońcem  okazy: biel schodów,  zieleń opuncji, błękit drzwi i okiennic, ochrę tynków...

Po udanych łowach w rybnej knajpie Karavela jemy świeże rybki: ja - rybkę z wód głębszych, Marek - rybkę z wód płytszych, Mati - jednak musakę (zapiekanka z ziemniaków, bakłażanów, cukinii i mielonego mięsa z pomidorami pod beszamelem).  Do tego tonące w złotej oliwie warzywka: fasolakia (wiadomo), kolokifia (cukinia).

W drodze powrotnej do Sougia czeka nas jeszcze jedno odkrycie.  Poszukujemy na próżno antycznego miasta Elyros.  Jedno z ważniejszych, helleńskich miast południowej Krety dosłownie zapadło się pod ziemię. Brązowe kreteńskie drogowskazy informujące o zabytkach minojskich czy helleńskich prowadzą do dużo mniejszej Yrtakiny, ale milczą w sprawie ogromnego Elyros.   Młody człowiek w Rodovani tłumaczy nam coś po grecku.  Zrozumiałam, że ekklisia - kościół, stavros - krzyż i dexia - na prawo.  Rzeczywiście, na wzgórzu za Rodovani znajdujemy kościół a obok niego wieżę starego kamiennego wiatraka.  Spacerujemy wśród gajów oliwnych i pól. W dole widoczna zatoka Sougia a przed nami malownicza ściana Gór Białych w wianuszku z kumulusów.  Usiłuję sobie wyobrazić ogrom tego miasta za jego świetności. Przecież trwało ono tu na wzgórzu od 4 w. pne do 5 w. ne, panowało nad portami południowej Krety w Pikilassos (Tripiti), Sougia i Lissos.  Mieszkało tu ponad 16000 ludzi. Spacerując po niewyraźnej ścieżce, wśród  kamiennych murków, jak zwykle marzę o tym aby chociaż przez chwilę ich zobaczyć... Mieszkańcy helleńskiego Elyros z otaczających miasto murów obserwują statki w porcie Sougia.  Miejski targ przepełniony jest produktami  rolnymi z okolicznych pól i ogrodów, nie braknie też towarów, które dotarły tu drogą morską.  Brzęczą monety Elyros z wizerunkiem pszczoły po jednej stronie a kozy - po drugiej.  Warsztaty produkują łuki i strzały z miedzianymi grotami. Wierni w wielkiej świątyni oddają cześć Apollinowi a teatr Elyros zaprasza na nowy spektakl.  W 823r ne Elyros zniszczyli saraceni.  Do tej pory nie zostało ono dogłębnie zbadane, nie przeprowadzono tu wnikliwych badań archeologicznych.  Eleni - właścicielka naszego pensjonatu opowiadała nam, że mieszkańcy okolicznych wiosek mają w swoich domach złoto znalezione w grobowcach Elyros.  Stelle grobowe można obejrzeć w Muzeum Archeologicznym w Hani.   Tak trudno dziś uwierzyć, że ogrom i świetność potężnego miasta drzemią cicho, nieodkryte pod rzędami drzewek oliwnych... Który z helleńskich kupców, marynarzy, czy rolników mógł przypuszczać, że kilkanaście wieków później o potężnym Elyros słuch właściwie zaginie, do jego portów nie będą już przybijać handlowe statki, a niewielka Sougia stanie się uroczą przystanią dla spragnionych spokoju i słońca.

Odkrycie kolejne... Jako zwieńczenie dnia zagadek i tajemnic odkrywamy tawernę Polifimos. Ten kulinarna perełka tkwi między zabudowaniami Sougia, a nie jak jak by można było przypuszczać w rzędzie nadmorskich tawern. W karcie z wizerunkiem jednookiego potwora z mitologii same skarby: placuszki z cukinii, krewetkowe saganaki, kalitsounia (pierożki z ziołami), sałatka kreteńska, dakos, kolokifia tiganita, kreteńskie kiełbaski, dolmades na ciepło, świeżutka baklava.  Szczyt szczęścia...  Upojeni szczęściem i raki, nieśmiało protestujemy "Enough raki". "Never enough!" - odpowiada właściciel Polifimosa, po całonocnej zabawie w jedynej sougiańskiej  dyskotece o nazwie Alabama Dancing Club.


LISSOS

Wydawało nam się, że większość południowej, górskiej ścieżki E4 doskonale znamy.  Pomimo to, postanawiamy powtórzyć miły i relaksujący odcinek Sougia - Lissos.  Lissos jest już od dawna jednym z naszych magicznych miejsc.  Gdy na którejś z naszych "kret" szliśmy tu pierwszy raz, niewiele wtedy znalazłam informacji o Lissos.  Wiedziałam tylko, że Lissos to wąwóz i ruiny helleńskiego portu.   Wąwóz owszem był, ale ku naszemu zdziwieniu kolorowe kropki oznaczające szlak wyprowadziły nas z wąwozu w górę na czerwoną wstążkę ścieżki wśród frygany. Szliśmy więc, mijając pachnące kępy ziół, aż stanęliśmy nad załomem skały.  Pamiętam nasze zaskoczenie, gdy w dole ujrzeliśmy zieloną dolinę z małą pustą zatoczką - obietnicą kąpieli.  Ścieżka stromo poprowadziła nas w dół, przez zieloną dolinę do plaży.  Tak uroczej niespodzianki wcale się nie spodziewaliśmy.  Być może dlatego nie zwróciliśmy wtedy uwagi na archeologiczny aspekt tego miejsca.

Tym razem znów, podobnie jak wtedy, wędrujemy rozochoceni myślą o kąpieli w Lissos.  Pół godziny wąwozem, podejście na skałę, pół godziny czerwoną ścieżką wśród frygany,
radość na widok zielonej doliny, pół godziny zejście na dół i znów... zaskoczenie. Odkrywamy Lissos helleńskie, które całkiem przeoczyliśmy za pierwszym razem.  Przed nami ruiny świątyni Asklepiosa. Kwadratową podłogę pokrywa zniszczona mozaika. Wyobrażam sobie, jak w czasach antycznych ślizgały się po niej żywe węże - uosobienie uzdrawiających moc Asklepiosa.  Zresztą przecież jeszcze długo przed hellenami, minojczycy czcili węże, uznając ich terapeutyczną moc.  Wielki posąg Asklepiosa z tej świątyni góruje dziś w Muzeum w Chani  nad okruchami historii z Elyros, Yrtakiny, Tarry (dzisiejsze Agia Roumeli).  Na pomarańczowych ścianach świątyni niewyraźne, greckie inskrypcje. Obok sączy się woda. Nabieramy jej do butelki.  Czytam, że woda ze źródła Lissos miała uzdrawiające właściwości, czyniąc z Lissos ważne helleńskie centrum  hydroterapii.   Lissos kwitło w czasach helleńskich, rzymskich i bizantyjskich, aż znikło z kart historii, zniszczone podczas arabskiej okupacji Krety. Dziś mała, urocza zatoczka pomieściłaby może 5 kutrów rybackich, podczas gdy helleńskie Elyros miało tu swój port. Mieszkańcy parali się rybołówstwem i handlem a ich kutry i łodzie kupieckie docierały do Afryki.  Trudno sobie to uzmysłowić patrząc na ten cichy, ustronny  zakątek. No ale tradycyjnie próbuję i już to widzę...

Portowy ruch, kupcy handlują rybami i zamorskimi towarami, nabywcy targują się i w końcu płacą złotą monetą Lissos z Ariadną po jednej i delfinem po drugiej stronie, chorzy przybywają po uzdrowienie do leczniczego źródła, wierni w świątyni Asklepiosa spożywają mięso zwierząt ofiarnych a zwierzęcą skórę składają w ofierze na ołtarzu boga medycyny.  Zastanawiamy się z Mateuszem, co uprawiano w zielonej dolinie, zapachy jakich potraw unosiły się nad kamiennymi domami, które dziś obrośnięte ziołami zlewają się ze skałami zachodniego zbocza.  Jak wielkie cumowały tu statki?  Jak one wyglądały?  Czy zatoka pocięta była pomostami?  Wiemy jedynie, że musiała być większa niż jest teraz.  Świadczy o tym czarny, ponadmetrowy pas na przybrzeżnych skałach, który w czasach antycznych przykrywało morze.  Zachodnie brzegi Krety w ciągu wieków wyłaniają się stopniowo z morza, podczas gdy wschodnie giną pod wodą.  Ta wiedza i tak wiele nam nie ułatwia.

Orzeźwiająca kąpiel, żywiczne wino, oliwki i ser... Czy antyczni mieszkańcy Lissos też to lubili?


SOUGIA - CHANIA

Nad drogą do Omalos ciężkie, ołowiane chmury. Nici z moich górskich planów.  Szczyt Gingilos musi poczekać.  Decydujemy się więc pojechać do Hani.  Trzeba wypłacić kasę, poszukać lauty albo buzuki dla Tomka, odwiedzić muzeum archeologiczne z eksponatami z odkrytych przez nas antycznych osad południowej Krety m.in. z Lissos, Elyros i Tarry.  Poza tym miło będzie znów powłóczyć się wśród weneckich zaułków Hani. Mamy jeszcze jeden cel - odwiedzić Cafe Vafe - kafenion otwarty 1 maja przez Gosię i Bartka z Polski.

Jak to zwykle bywa, w miastach idzie nam zawsze zdecydowanie gorzej, zdecydowanie bardziej wolimy puste górskie ścieżki, czy leniwą atmosferę Sougia od korków i zgiełku Hani. Najpierw przez pół godziny kręcimy się po jednokierunkowych uliczkach, żeby gdzieś zaparkować.  Kolejne pół godziny biegamy po weneckich uliczkach Hani w poszukiwaniu prostego greckiego fastfoodu.  Po wyrafinowanych greckich przysmakach w Sougia chodzi za nami zwykły pita gyros za 2 euro.  Z doświadczenia wiemy, ze gdzieś obok eleganckich i drogich restauracji musi być poszukiwany przez nas przybytek taniej kulinarnej pociechy, z reguły niewielki i niepozorny, coś niby otwarty barek, a w nim pionowy ruszt z płatami smakowicie pachnącego i przyrumienionego mięsa.  Mijamy w pośpiechu rzędy stolików w wąskich uliczkach, ignorujemy kelnerów zapraszających do swoich eleganckich tawern, ukrytych w starych weneckich kamienicach, nie dajemy się skusić zapachom z restauracji na nadmorskim deptaku.  Wreszcie jest...   Z radością wbijemy zęby w ciepłą pitę z pomidorami, papryką, sałatą, cebuką, mięsem  i tzatziki w środku.

O dziwo bez żadnego problemu  odnajdujemy Cafe Vafe  przy Petropoulakidon 21 na małym placyku u zbiegu Patriarhi Athanasiou  i Meletiou Piga.   To dosłownie parę minut na zachód od murów starego miasta Hani.  Siedzimy przed kafenionem i  rozmawiamy. To drugi dzień działania kafenionu pod polską banderą.  Poprzedniego wieczoru pierwszy raz wspólnie z angielską klientelą Gosia z Bartkiem obejrzeli klasyk filmowy na dużym ekranie, który zainstalowali w swoim kafenionie.  Dziś cieszą się, że przyszła właśnie z Polski paczka z cieplejszymi ubraniami.  Trochę zaskoczył ich majowy chłód północnej Krety.  Nasza bohaterska para daje sobie rok, aby sprawdzić kreteńską ścieżkę życia. Na razie walczą z grecką biurokracją i brakiem wiedzy wśród greckich urzędników, o tym chociażby, ze Polska jest krajem Unii Europejskiej. Śmieją się, że jeszcze nie potrafią dobrze wymówić adresu swojego kreteńskiego mieszkania, a co dopiero wytłumaczyć drogę Grekowi, który ma dostarczyć im świeżo zakupioną lodówkę.  Nawiązują kontakty z klientami i sąsiadami.  Jako ci "obcy" spotykają się z opieszałością i niedoinformowaniem urzędników, ale też  z życzliwością kreteńczyków.  Ktoś podarował im cytryny i kruche ciasteczka. Starsza pani z sąsiedztwa dała kwiaty do ozdobienia kafenionu i oczywiście poczuła się również w obowiązku zarządzić a przynajmniej doradzić jak najlepiej je zasadzić, a potem  jak ustawić doniczki. Dziś w Cafe Vafe można zjeść musakę, ale Gosia chciałaby serwować również popularne w Polsce dania.  Skarży się, że ziemniaki nie są wcale takie tanie, a selera bądź korzenia pietruszki w ogóle nie można tu kupić.  Kreta nie zna takich warzyw, ale może z czasem pozna....    Nie boją się przywiązania do kafenionu, tego, że przez większą część dnia ktoś musi tam być, zresztą Gosia uwielbia gotowanie.   Na fakturze obok obco brzmiących i dziwnie jeszcze wyglądających greckich nazw wypisuje ołówkiem ich polskie odpowiedniki.

Jesteśmy pełni podziwu, że zrobili ten krok, że zaryzykowali, podjęli wezwanie, porzucili rutynę... Pokonali lęk przed tą pierwszą chwilą w obcym miejscu i pytaniem "no i co teraz".  Wygląda, że wiedzą co teraz... Trzeba pójść na pocztę odebrać paczkę, trzeba pojechać do "Champions" na większe zakupy, trzeba poszukać gdzieś kapusty kiszonej, przygotować kafenion na Dzień Polskiej Konstytucji 3 maja, przepędzić kota z sofy, załatwić stały pobyt  i stałe łącze internetowe... Trzymamy kciuki i polecamy wszystkim szwędającym się po Hani :

Odwiedźcie Gosię i Bartka w Cafe Vafe!!!


CHWILA CZWARTA

Ależ jesteśmy dziś szczęśliwi.  Grzejemy zmęczone ciała na gorących kamieniach plaży w Sougia.  Przed chwilą wypiłam prawdziwie pomarańczowy  w barwie i smaku sok pomarańczowy.  Z dumą i poczuciem szczęścia patrzę na białą plamkę kościółka Profitis Ilias, ledwie migoczącą w słońcu na odległej, zalanej słoneczną mgłą nadmorskiej skale.  Dziś tam byliśmy. Stopy odpoczywają w cieple kamieni po 5 godzinnym spacerze górską, nadmorską ścieżką, używaną jeszcze przez Minojczyków. Za skałą ukrywa się niewidoczne stąd wejście do wąwozu Tripiti.  Tam właśnie zaczęliśmy naszą dzisiejszą wędrówkę.


TRIPITI - PROFITI ILIAS - PIKILASSOS - SOUGIA

Rano stary Grek zawiózł nas swoją łódką do maleńkiej plażki u wylotu wąwozu Tripiti.  Wskazując palcem nieokreślony punkt w przestrzeni, powiedział "300, 400 metres and then up".  Uwielbiam chwile wchodzenia do kreteńskich wąwozów, otwarte skalne wrota zapraszają do środka, ale nigdy nie wiadomo, jakie niespodzianki czekają na wędrowców w trakcie drogi. Wrota zamykają się za plecami , a skalne ramiona zaciskają się coraz ciaśniej.   Wąwozy, w których przecież nie sposób zabłądzić, zaskakują skalnymi uskokami i załomami, nagłymi różnicami poziomów,  ogromnymi głazami barykadującymi drogę.  Trzeba szukać dogodnego przesmyku, właściwego oparcia dla stóp, głazu, z którego wygodnie będzie zeskoczyć, bez żadnej gwarancji, że wybrane przejście  doprowadzi nas do ścieżki.  Tak było w naszych ukochanych wąwozach Aradena i Sarakina.  Wiem, że wąwóz Tripiti jest jednym z trudniejszych wąwozów, choć majestatyczna skalna brama, strzegąca wąwozu od strony morza, nie zwiastuje żadnych niebezpieczeństw.  Ja też nie spodziewam się niczego złego, bo dnem wąwozu będziemy szli tylko przez pół godziny, więc jego tajemnice pozostaną dla nas jeszcze tym razem nieodkryte. Turyści po przejściu wąwozu Samaria, płynący promem z  Agia Roumeli do Sougia i Paleochora, z zaciekawieniem pokazują sobie biały domek stojący na dnie wąwozu Tripiti, między jego pionowymi ścianami.  Dziś dowiaduję się, że dom i cysterna należą do mieszkańca Agia Roumeli, który wypasa tu swoje kozy.  Zaskoczeni tuż przy wylocie wąwozu znajdujemy biały kościółek przytulony do skały.  W pomarańczowym dachu kościółka tkwi śruba rybackiego kutra, a na niej wisi dzwon.

Po 20 minutach spaceru dnem wąwozu docieramy do ledwie widocznej na zachodnim zboczu ścieżki pnącej się zygzakiem na szczyt.  O dziwo, jest bardzo stromo i nie idzie się łatwo, kamienie usypują się spod nóg.  Ale męcząca wspinaczka  kończy się na szczęście już po pół godzinie.  Nasza pierwsza nagroda to łyk wody przy ruinach weneckiej twierdzy w górskim siodle i wypełniający nas poczuciem szczęścia widok zatoki Sougia.   Stąd jeszcze 10 minut ścieżką pod górę, aby dotrzeć do naszego celu - kościółka Profitis Ilias, obiektu moich dotychczasowych tęsknych spojrzeń.


I w końcu jest... biały, magiczny  punkt 400m nad morskim bezmiarem.  Cieszymy się jak dzieci.  Już wiemy, że warto było tu się wspinać. To czarodziejskie miejsce. Wokół nas najpiękniejsze widoki południowego wybrzeża. W chłodnym, ciemnym wnętrzu wątłe światło wdzierające się przez szczelinę okna oświetla wyblakłe obrazy i mosiężny świecznik.  Według mojej angielskiej książeczki Profitis Ilias to "ancient chapel".  Jak bardzo antyczna jest moja kapliczka?  Oczywiście tego już się nie dowiem. Musi pewnie pochodzić z czasów wczesnych chrześcijan.  Ale wiem też, że w pobliskim helleńskim Pikilassos czczono Serapisa - babilońskiego boga ziemi, mórz i mądrości.  A przecież święte miejsca trwają przez wieki, są niezrozumiałym źródłem energii, tkwi w nich piękno i tajemnica. Kreteńskie kościółki często budowane na szczytach gór, łączą w mistyczny sposób to co ludzkie i ziemskie z tym co boskie i niebiańskie. Wchodząc na szczyt człowiek oczyszcza swoje myśli , aby na szczycie doświadczyć niczym niezmąconego uczucia szczęścia, otrzymać tkwiącą w przyrodzie energię, zbliżyć się do świętości.  Współcześni mieszkańcy Krety zmierzają do tej magicznej przystani 20 sierpnia każdego roku, by złożyć prorokowi Eliaszowi - patronowi tego miejsca ofiarę z jedzenia i wina.  Myślę, że pielgrzymi bawią się przy tym w typowo kreteński sposób, o czym świadczą łuski po  nabojach, które znajdujemy przy kapliczce

Siadamy na skałach nad dachem kościółka. Na zachód zatoka Sougia, w dali Paleochora, na wschód szerokie, plaże Agia Roumeli i Agios Pavlos, w dole kamienna wstążka wąwozu Tripiti a przed nami biała bryła kapliczki zawieszona w przestrzeni nad rozświetlonym, morskim bezmiarem. Góry w morzu - to właśnie moja Kreta.  Jesteśmy w samym środku piękna. Celebrujemy je powoli, dokładnie i w ciszy, jak jakąś świętość.  Staramy się nie uronić ani chwili, ani kropelki tego piękna. Ze wzruszenia mam łzy w oczach.  Pewnie jestem egzaltowana, ale dla mnie to jedno z pierwotnych uczuć, tak jakbym mogła wytarzać się w szczęściu, przestrzeni i wolności.

Jemy bułeczki z ciasta fyllo z nadzieniem szpinakowym, opóźniając wciąż moment rozpoczęcia dalszej wędrówki w kierunku Sougia.  W końcu opuszczamy to urokliwe miejsce dopisując je do naszej toplisty, jasne, że tu jeszcze wrócimy.  Schodzimy z powrotem do ruin weneckiego fortu.  Stąd ścieżka schodzi łagodnie wzdłuż zbocza, pociętego tarasami helleńskiego miasta Pikilassos. Usypane z kamieni niskie, poziome murki dziś porośnięte przez karłowatą fryganę, w czasach helleńskich ułatwiały uprawę ogrodów na zboczach, zabezpieczając ziemię przed wywianiem i spłukaniem, gromadząc na tarasach cenne składniki gleby i wodę.  Ten antyczny sposób uprawy ziemi stosowany jest często po dziś dzień a kamienne murki to nieodłączny element kreteńskiego górskiego krajobrazu.  Tylko dlaczego antyczni hellenowie założyli tarasy Pikilassos w tak niedostępnym, odizolowanym miejscu?  Dlaczego kilkanaście wieków po nich wenecjanie zbudowali tu swoją fortecę?  Czyżby wszyscy obawiali się nadciągającego z południa wroga, a może korsarzy?

Nasza ścieżynka meandruje wśród żywicznych sosen, pachnących oleandrów i ziół.  Nisko w dole - przejrzyste, spokojne wody Morza Libijskiego, leniwie marszczące się w słońcu.  Przecina je ciemna bruzda - ślad po promie, który zawiózł turystów z Paleochory do Agia Roumeli. Tam zaczną wycieczkę "Samaria - lazy way" - sztandarowy produkt turystyczny Krety .  Wiem, że niektórzy z nich będą potem wracać na Kretę, w poszukiwaniu jej ukrytych skarbów.  Tak właśnie było z nami...


Woda cicho łaskocze podwodne skały, mają czystą, ciemnozieloną barwę.   Po dwóch godzinach wędrówki docieramy do kolejnego, niewielkiego wąwozu, by po 10 minutach  spaceru jego dnem, znów wspinać się pod górę starym, kamiennym traktem dla mułów.  Cała Kreta pocięta jest pajęczyną starych, weneckich lub tureckich ścieżek mułowych kalderimi, układanych pieczołowicie z płaskich kamieni, często prowadzących zygzakiem wzdłuż górskiego zbocza.  Dziś wiele z nich znikło pod asfaltowymi trasami współczesnej Krety.  Idziemy szukając wzrokiem kreteńskich oznaczeń szlaku.  Najczęściej są to niezwykle pomocne, ustawiane przez wędrowców stożki kamieni, czasem czerwone kropki, niedbale "machnięte" pędzlem na głazach a czasem wbite w ziemię czarno-żółte słupki - oficjalne oznaczenie górskiego, międzynarodowego szlaku E4.  Zatrzymujemy się co jakiś czas, żeby zaczerpnąć "energii z kosmosu" i układamy z Mateuszem kamień na kamieniu - nasz ślad.  Jeden kamień stuka o drugi, dźwięk ma jasną , czystą barwę.  Po godzinie spaceru stajemy na wzgórzu, u którego stóp toczy swe leniwe życie Sougia.

Kończymy na plaży Sougia z cudownym uczuciem dobrze spełnionego dnia i z miłym łaskotaniem żołądka na sama myśl o czekającej nas kolacyjce.

W nadmorskiej tawernie Gallini jemy: ja - domates piperi gemista, czyli nadziewane pomidorki i papryka, Marek - papoutsakia, czyli bakłażan nadziewany mięsem i sosem pomidorowym, Mati - bureki.  Poza tym przystawki: kalamari, choriatiki, tzatziki, spanakopita i tiropita, dolmades na ciepło.

Z odległej skały patrzą na nas hellenowie z  tarasów Pikilassos, weneccy strażnicy z górskiej fortecy, pierwsi kreteńscy chrześcijanie z kościółka Profitis Ilias, historia tkwiąca wśród kreteńskich, górskich bezdroży.   Gdyby te góry potrafiły mówić...

Dziś z nadmorskiej tawerny wprawne oko dostrzeże jedynie białą perełkę na trzeciej skale licząc na wschód od zatoki Sougia.


SOUGIA - RETYMNON

Dzień ostatni. Jutro wylatujemy.  Nie cierpię tego uczucia.  Opuszczamy naszą słodką Sougię i boski pensjonat Arhondiko.  Żegnamy się z naszymi cudownymi gospodarzami Eleni i Kirkosem.  Kupujemy 5 litrów zielonej oliwy z gaju oliwnego Kirkosa w pobliskiej górskiej wiosce Liivada.  Eleni opowiada, że dojrzałe oliwki strząsają z drzew elektrycznym urządzeniem w grudniu, pozwalając drzewom szybko wiązać nowe owoce, podczas gdy większość rolników w tych okolicach stosuje jeszcze stary system zbiorów.  Pod drzewami rozkładają maty i czekają do maja aż oliwki spadną z drzew same.

Holenderka Eleni zawsze radosna, pomocna i tryskająca energią przyjęła grecki styl życia.  Przyjechała tu do wakacyjnej pracy w tawernie w Sougia i poznała Kirkosa. Dla niego zapomniała o Holandii.  Kupili niewielki skrawek ziemi w Sougia, który do tej pory służył jako śmietnisko. Oczyścili to miejsce, pod okiem archeologów wykopali fundamenty i zbudowali uroczy pensjonat Arhondiko w iście kreteńskim stylu, z niebieskimi aneksami kuchennym, drewnianym wykończeniami, stylowymi komodami, kolorowymi ludowymi narzutami, antresolami i pomarańczami czekającymi na gości.  Dziś mają dwójkę dzieci, oprócz pensjonatu prowadzą tuż obok sklep i doglądają oliwek w rodzinnej wiosce Kirkosa Livada.  Arhondiko i sklep działają do października. Na zimę Sougia zamiera, zostaje tu tylko 50 mieszkańców. Eleni i Kirkos w tym czasie muszą zająć się oliwkami i oliwą. Wiemy, że gdy zabraknie nam znów tego zielonego boskiego płynu, wrócimy do Arhondiko po kolejny zapas.

Do Retymnonu pojedziemy przez płaskowyż Omalos. Liczę po cichu, że może szczyt Gingilos pozwoli nam się dzisiaj zdobyć.  Moi chłopcy natomiast po cichu liczą, że niepewna pogoda w górach uniemożliwi ten plan.  Poza tym wiem, że Kreta zawsze musi pozostawić pewien niedosyt, smaczek, który będzie nęcił przez cały kolejny rok.

Stoimy nad Xiloscalo- schodami prowadzącymi na dno wąwozu Samaria, szlak w górę prowadzi do drzwi schroniska i wyżej na Gingilos.  Na razie nasz szczyt widoczny w całej swojej okazałości góruje nad Samarią, ale widzimy jak zza przełęczy wlewa się białe mleko mgły i chmur.  Sączymy retsinkę na tarasie i patrzymy jak Gingilos znika za chmurami a wraz z nim moje trampingowe plany.  No nic, nie tym to następnym razem... Tymczasem retsinka zaostrza apetyt, w rześkim, górskim powietrzu horiatiki smakuje znakomicie.  Tak sobie medytujemy, aż cały płaskowyż zasnuwa mgła. Kreteńskie zielone płaskowyże ukryte wysoko w górach, rządza się odrębnymi prawami. Chłodne i surowe... Aż trudno uwierzyć, że niecałą godzinę drogi stąd słońce nagrzewa kamienie na plażach Lissos, Sougia, Agia Roumeli i Loutro.

W Retymnonie, jak to zwykle w Retymnonie znajdujemy odrapany pokój w jednym z niszczejących pensjonatów tuż przy porcie. Plastykowe kwiatki w wazonie, ludowe makatki na ścianach, odpadający tynk i szerokie okno, przez które można dosięgnąć zniszczonej ściany kamienicy naprzeciwko - typowy tani pensjonat w Retymnonie.  Pytamy się o ciepłą wodę.  Staruszek tłumaczy nam po grecku: jest słońce - jest ciepła woda, nie ma słońca - nie ma ciepłej wody.  Tu na północy nie ma słońca i podobno przez cały tydzień nie było go wiele. Góry skutecznie zatrzymują niepogodę po północnej stronie. My jako miłośnicy kreteńskiego południa przetestowaliśmy tę zasadę niejednokrotnie.

W Retymnonie, jak to zwykle w Retymnonie włóczymy się straszliwie i myszkujemy po księgarniach. Znamy już niemal wszystkie ciekawsze modele kołatek na bramach, weneckie drewniane wykusze, interesujące portale i okiennice, arabskie motywy na ścianach i tak dalej, więc coraz trudniej jest nam skutecznie się zgubić.  Poza tym wszystkie drogi  i tak prowadzą na pita gyrosa w barze niedaleko weneckiej fontanny Rimondi. W końcu popadamy w odrętwienie nad szklaneczką mojito w jednym z dekadenckich barów - syndrom dnia ostatniego.

Jednak okazuje się, ze to nie wszystko jak na ten dzień.  Udaje nam się o dziwo znaleźć małą fabryczkę instrumentów muzycznych.  Nad nami wiszą malowniczo wielkie lauty i trochę mniejsze buzuki, a tuż obok rząd opartych o ścianę lir.  Na stole pośrodku kawałki drewna, niepolakierowane jeszcze korpusy instrumentów, papier ścierny, talk, dłuta i inne narzędzia.  Wesoły właściciel fabryczki zdejmuje ze ściany buzuki z drewna orzechowego. Nie umiemy ocenić jakości instrumentu, więc dzwonimy do Polski, żeby Tomek posłuchał sobie chociaż przez telefon jego brzmienia.  Grek zastrzega co prawda, że jest specjalistą od gry na lirze, ale znikąd pojawia się nagle w fabryczce jego syn ze specjalizacją buzuki. Stroi instrument i gra do ...naszej komórki.  Tomek właściwie w ciemno decyduje się na zakup.  Grek pokazuje nam fotki z gazet, na których on  jego syn grają na lirze i buzuki.  Zaprasza na ich koncert nazajutrz w Chani.    Z dumą pokazuje rzeźbienia na korpusach lir z różanego drewna a potem zaczyna grać kreteńskie, zawodzące mantinades.

Do naszego odrapanego pokoju wnosimy z namaszczeniem trofeum- buzuki w skórzanym pokrowcu i jeszcze jedną zdobycz - od dawna poszukiwaną przeze mnie książkę "The making of the Cretan landscape".  Nie myjemy się zanadto, bo przecież nie ma słońca.  Rano staruszka z pensjonatu częstuje nas na pożegnanie kruchymi ciasteczkami.

"After seven days you leave the car here, close the car, put the key in the back and close it. Understand?"  Zgodnie z zaleceniem Soni z wypożyczalni samochodów Kafetzakis zostawiamy samochód na parkingu przy lotnisku w Heraklionie z kluczykiem zatrzaśniętym w bagażniku.

Nasz samolot wznosi się nad zachmurzoną wyspę, Polacy na siedzeniach przed nami rozmawiają o wymianie ręczników w hotelach. Po południowej stronie gór została słoneczna Sougia, Profitis Ilias, Lissos  i jeszcze Gingilos, którego i tak kiedyś dorwę, może na następnej, jedenastej już  "krecie".




 

 

 




Poprawiony: wtorek, 15 czerwca 2010 13:45