| Wpisany przez Magda |
| niedziela, 20 czerwca 2010 19:04 |
|
BORNEO - ŚWIAT BETONU W Borneo nie zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Miasta nie wciągnęły mnie w sieć wąskich uliczek. Nawet najbardziej urokliwy Kuching zgubił swoją tożsamość wśród nowoczesnych wieżowców, hoteli i banków. Wydawało mi się, że już poddaję się urokowi bajkowego smoka z dachu chińskiej taoistycznej świątyni, ale zniechęciła mnie pstrokata ściana parkingu w tle. Uliczne garkuchnie mamiły mnie zapachami i kolorami, ale nie mogłam zrozumieć dlaczego tę gwarną ulicę wieńczy szklana bryła Sheratona. Spacerując po ulicy chińskiej i hinduskiej starałam się nie zauważać, że nad dachami stylowych kamieniczek wyrasta budowany właśnie gmach parlamentu w kształcie odwróconej parasolki. Szukając najlepszej nieturystycznej knajpy z owocami morza, nie spodziewałam się, że znajdę ją na najwyższym poziomie wielkiego parkingu. Powoli zanurzyłam się w tłum Malajów, Chińczyków, hindusów i muzułmanów, w nieustający gwar ulicy. Zrozumiałam, że oni wszyscy żyją na granicy zielonego wnętrza wyspy. Miasta Borneo są brzydką wysypką tej wyspy, szarym nalotem na obrzeżach wyspy, wyrzucone, wypchnięte przez zielony żywioł. Ich korzenie sięgają brudnych kanalików ściekowych, biegną przez zakurzone ulice upstrzone jazgotliwymi straganami, bazary rojące się wieczorem od szczurów, wiją się wśród chińskich pensjonatów bez okien, z zapchaną kanalizacją i tych eleganckich z rozkręconą maksymalnie klimatyzacją, wśród kolorowych kamienic, chłodnych zacienionych sklepików z rękodziełem plemion z dżungli, chińskich świątyń pachnących trociczkami, przestronnych meczetów i świątyń sikhów. I nagle miasto zdaje się wyrywać z przyziemnych objęć natury i tradycji, wznosi się w górę kolejnymi piętrami betonowych parkingów, przeszklonymi ścianami hoteli, rozświetlonymi poziomami domów handlowych, zwieńczonych logo McDonalda i Pizzy Hut. Zapomniane piękno znika w pogoni za cywilizacją, nowoczesnością, wielkością, szkłem i betonem. BORNEO – ŚWIAT DRZEW A zielona wyspa meandrujących rzek? Przyleciałam tu marząc o niej właśnie, ale najpierw poznałam miasta –światy brzydkie, ale oswojone, w których człowiek chroni się przed dżunglą, do których ucieka po edukację, komórkę i zakupy w supermarkecie. Te miejskie światy łączy gęsta i wygodna sieć dróg lotniczych. Samoloty latają często i punktualnie, pozwalają łatwo przemieszczać się między małymi wysepkami cywilizacji. Dzięki nim dziką zieleń dżungli można oglądać bezpiecznie z góry, nie wnikając w nieznane, ukryte wśród wilgotnych wzgórz. Można też zasłonić okno i zasnąć w oczekiwaniu na swojski chłód klimatyzowanego lotniska. Spotkani przez nas japońscy turyści zdecydowali się zwiedzić trzy główne miasta Kuching, Kota Kanibalu i Miri, ignorując całkowicie zielone wnętrze wyspy. Ludzie zrobili wszystko, by można było je zignorować i wygodnie żyć na skraju dżungli. Ludzie zrobili też bardzo wiele aby dżunglę oswoić, ugłaskać, ujarzmić. Krótki pas lotniczy i małe lotnisko w dżungli w Mulu, wytyczone zielone szlaki turystyczne w miejscu dawnych ścieżek używanych przez plemiona Dajaków, Kajanów, Penanów, przewodnicy gotowi towarzyszyć turystom i służyć opowieścią o dżungli i jej ludziach, kompleksy hotelowe, w których drewniane wiszące pomosty spinają przestronne bungalowy, tarasy z których można bezpiecznie, z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni kontemplować zieleń i jej brzmienie, łódki, czekające aby zabrać turystę w wilgotny gąszcz i wreszcie wioski Ibanów, którzy radzi pokażą swoją „długą chatę” i pozwolą przez kilka dni dzielić ich życie. Do dżungli zawsze podchodziłam z rezerwą, z lękiem człowieka z Europy. Przewodniki przecież tak bardzo straszą, zwłaszcza działy dotyczące zdrowia i zagrożeń. Zwierzęta z pewnością będą chciały mnie ugryźć albo pożreć, tubylcy - okraść albo porwać, nieznane insekty - uwić sobie gniazdko pod moim paznokciem, moskity – podarować malarię. Dlatego na szlaku łowców głów Melinau Trail w drodze z Long Berar do Camp 5 snuła się za mną wstrętna woń silnych repelentów, przed pijawkami strzegły długie rękawy i nogawki, wpuszczone w mocne trekkingowi buty, przed malarią chroniły kolejne dawki Malarone. Przede mną szedł nasz przewodnik, strażnik, opiekun, w gumowych klapkach, krótkich spodenkach i podkoszulce. Szliśmy szybko, w kompletnej ciszy. Nie poddałam się urokowi dżungli natychmiast. Z początku wzrok ślizgał się po zielonych kształtach, szukając punktu zaczepienia, czegoś znajomego, czegoś kojącego zmysły. Trzymałam się kurczowo tej ścieżki, oznaczonej ludzkim zapachem, śladem ludzkiej stopy, echem ludzkich kroków, nie wiem czemu, wydawała mi się azylem bezpieczeństwa, na niej nic mi nie groziło, każde zejście z niej w zieloną nicość oznaczało wejście w obcą rzeczywistość. I ten miarowy, jednostajny marsz, nitka ścieżki ginąca gdzieś w gęstwinie i ta cisza wprowadziły mnie w zielony trans. Drzewa zamknęły się nad nami. Zieleń najpierw otoczyła mnie a później sączyła stopniowo pod skórę, pod czaszkę. Utopiłam się w zieleni. Obudziłam się z zielonego letargu dopiero, gdy wyszliśmy nagle z zielonego tunelu na światło otwartej łąki nad rzeką – obóz Camp 5, mały przyczółek cywilizacji w środku dżungli. Następnego dnia poszliśmy sami w głąb wąwozu Melinau, zakochani, rozochoceni, uzależnieni - w zielony trans. Mieliśmy to złudne przekonanie, ze nic nam już nie grozi, że Zielony Obcy przyjaźnie nas traktuje, że zaakceptował naszą obecność, obdarzył swoim metafizycznym pięknem, budząc niespotykane emocje. Szliśmy szczęśliwi wzdłuż rzeki, przekraczając ją kilkakrotnie i kąpiąc się beztrosko w cieniu pokrytych mchem głazów. I wtedy, nagle, w ciągu kilku sekund przyszła wichura, dmuchnęła z hukiem wzdłuż rzeki tabuny ciężkich, zdrewniałych liści, aż wreszcie spadły na nas wartkie strumienie tropikalnej ulewy. Tuż obok zwaliło się drzewo a rzeka wzbierała w okamgnieniu, stopniowo odcinając nam drogę powrotu do obozowiska. Ktoś zauważył żmiję, albo węża, a może to był tylko poskręcany konar. Brodząc po pas w wodzie przekroczyliśmy w pospiechu rzekę, byleby tylko dotrzeć do ścieżki, bezpiecznej nitki, łączącej nas z obozową cywilizacją. Ścieżka zamieniła się w błotne koryto, ale biegliśmy nim, nie myśląc o pijawkach, insektach i żmijach. Widok blaszanego baraku obozu wlał w nasze serce nieopisane szczęście i ulgę. Nasz metafizyczny zielony przyjaciel, nasza dobra dżungla zakpiła z człowieka z Europy, dała nam małego klapsa, nauczyła pokory. I była to mądra lekcja. Mieszkańcy dżungli od pokoleń czerpią z niej wiedzę. Dla mnie to gąszcz nieznanych mi drzew i roślin, dla nich to skarbnica żywności, leków i materiałów na narzędzia. Oto odmiana paproci którą można ugotować i zjeść, ta znowu ma działanie antybakteryjne, dodają ją do kąpieli kobiety w połogu. To mocne drzewo posłuży do budowy długich łodzi, a jego kora wyścieła podłogi i ściany domu. Ratan doskonale nadaje się na haczyki do wędek i liny, sindaptus – na ukąszenia, a z licepodium tego dziwnego połączenia mchu i paproci można uzyskać atrament, melastoma powstrzymuje krwawienie po ukąszeniu pijawki, przezroczysta woda z lian zaspokoi pragnienie a ryż i fasola ugotują się w podłużnych garnkach z bambusa. Nazajutrz podążając dalej szlakiem łowców głów (Headhunters’ Trail) myślałam o wiedzy, która drzemie w dżungli, ukryta przed człowiekiem z Europy. Czy ona ma szansę przetrwać? Czy zaniknie wraz z ostatnimi plemionami, które uciekną z dżungli do miasta w nadziei na łatwiejsze życie? Wbiłam znów wzrok w złudną, bezpieczną ścieżkę, usiłując wyobrazić sobie tych, którzy ją kiedyś wydeptali – ludzi dżungli z plemienia Kajanów, ciągnących swoje łodzie wzdłuż ścieżki aż do rzeki Sungai Terikan, aby stamtąd najeżdżać plemiona z regionu Limbang. A dziś? Kto dziś zamieszkuje wioski Borneo, porzucone gdzieś głęboko w dżungli ? Kto wciąż jest strażnikiem wiedzy i siły, która mieszka w dżungli? BORNEO – ŚWIAT DUCHÓW I LUDZI Świat betonu i świat drzew łączy ze sobą albo dzieli rzeka. Rzeka jest najważniejsza, meandrująca, niepewna, zmienna, długa, wciąż zależna od deszczu i suszy. Ucieczka z dżungli do cywilizacji, edukacji, klimatyzacji i dobrobytu czy też ucieczka z miasta do natury, piękna, wiedzy, wolności i biedy wiedzie zawsze przez rzekę. Po niej uparcie prowadzą swe chwiejne łódeczki ludzie z plemion Dajaków, w tym z najliczniejszego szczepu Ibanów. Bywa też i tak, że w łódeczkach na plastikowych krzesełkach z odciętymi nóżkami, coraz częściej siedzą turyści wraz ze swymi aparatami i wodoodpornymi plecakami. Rzeka w rezerwacie Batang Ai z początku szeroko roztacza swe wody, łódź sunie gładko i szybko. Z czasem rzeka staje się coraz węższa, ukryta pod tunelem zielonych liści i lian. Łódka płynie z coraz większym trudem. Jest pora sucha, poziom wody opadł, pomimo kilku ulewnych, tropikalnych deszczy. Bywa, że szorujemy dnem łódki o kamienie. Dajak z tyłu łódki wyłącza wtedy drogocenny silnik. Dajak na dziobie łodzi pomaga jej płynąć odpychając się od dna kijem. Bywa, że wysiadamy wszyscy z łodzi i pomagamy ją pchać, brodząc w wodzie. Rzeka w porze deszczowej staje się rwąca i niebezpieczna. Mimo to, niezależnie od humorów rzeki, ona jedyna prowadzi do wioski. Podróż rzeką to powolne zanurzenie w dżungli. Nagle kolorowa łódka okazuje się jedynym wspomnieniem cywilizacji, nadzieją na ponowne odnalezienie ludzkiego tropu w zielonym wnętrzu dżungli. Po 4 godzinach meandrowania rzeką na prawym wysokim brzegu widzimy długą chatę (longhouse). W podobnych, przylegających do siebie pomieszczeniach mieszka tu 30 rodzin, dzielą wspólną podłużną werandę, ciągnącą się wzdłuż całego domu. Trafiamy akurat na stypę, zmarła starsza kobieta leży na środku werandy, okryta rytualną tkaniną. Wokół niej zgromadzeni najbliżsi, córka zawodzi nad ciałem matki. Ktoś już popłynął do najbliższej wioski, aby ze stacjonarnego telefonu powiadomić syna zmarłej. Być może zdąży przyjechać z Hongkongu i pożegnać zmarłą matkę. Liczy się czas. W wilgotnym, gorącym klimacie, ciało może leżeć odkryte na werandzie maksimum 3 dni, potem trzeba je pochować. Mężczyźni popłynęli, aby powiadomić inne wioski. Rzeką ma też przypłynąć trumna. Do czasu pogrzebu duch zmarłej będzie krążył po dżungli, może przybrać każdą postać i wyrządzić krzywdę, dlatego mieszkańcy wioski zaprzestali wszelkiej aktywności, nie wychodzą do dżungli, nie pracują na poletkach ryżu. Wieczorem siedzimy na werandzie wspólnie z Ibanami. Szef wioski skręca dla nas cygaretki. Mężczyźni przynoszą wino i wódkę ryżową. Dzieci grają w kamienie. Staramy się zachowywać tak jak oni, więc tak jak oni jesteśmy poważni i pełni zrozumienia, aczkolwiek wraz z każdą kolejną wypitą szklaneczką ryżowej wódki atmosfera się rozluźnia. Ibanowie są ciekawi naszego życia niemniej niż nas ciekawi ich życia bez komórek, lodówek, supermarketów. Generator prądu oświetla tylko część werandy, jej kraniec ginie w ciemności. I tak powoli, w tą wyjątkową noc, 10 km od granicy z Indonezją odkrywa się przed nami świat pełen duchów drzew, zwierząt i rzek, duchów dżungli, które decydują o pomyślności ludzkich zamierzeń. W tym świecie nasze powodzenie zależy od ofiary z mięsa czy ryżowego wina, złożonej dla przebłagania duchów przed budową domu, małżeństwem, obsianiem pola ryżowego, czy pochowaniem zmarłego. Śpiew czarnego ptaka oznacza zły omen, więc w ten dzień nie należy wyprawiać się do dżungli, za to szczęście przyniesie rzadki i piękny dzioborożec - posłaniec nieba. Zawieszeni w tym dziwnym dla Ibanów czasie zaprzestania wszelkiej pracy, rozmawiamy, ukryci przed krążącym wśród gęstwiny duchem zmarłej. Jutro na ofiarę mężczyźni zabiją świnię, krwią pokropią wnętrze trumny, a potem zaniosą ją daleko na cmentarz, tam pogrzebią i szybko opuszczą to nieczyste miejsce, by powrócić na bezpieczną od złych duchów werandę długiej chaty. Meandrująca rzeka powoli odprowadza mnie i żegna. Wracam do miasta, do którego przynależę. Zabieram ze sobą pokorę i zachwyt dla ludzi, którzy codziennie płyną swymi chwiejnymi łódeczkami z długiej chaty do odległego poletka ryżowego w dżungli, którzy potrafią pełnymi garściami korzystać z darów tego dzikiego świata i chronić się przed jego niszczycielską siłą. W dżungli zostawiam ich dobre i złe duchy. Wiem, że gdybym mieszkała w wiosce w środku wrogiej dżungli, którą łączy z cywilizacją jedynie zmienna rzeka, wielbiłabym boga tej rzeki. Będąc zdana na niewielkie poletko w dżungli, modliłabym się do boga ryżu.
|



